RSS
niedziela, 19 lipca 2009

Nie pamiętam kiedy ostatnio poczułam się tak upokorzona przez tego człowieka. Było to tak dawno. Mialam jednoczenie nadzieję, że skoro było to dawno to już się nie potworzy. Jak zwykle płonną. Starałam sobie tłumaczyć gromadzącą sie gorycz tym, że ten czlowiek po prostu tak ma. Że brakuje mu asertywności, nie zapomina, że ma za dużo na głowie. Ale nie jestem w stanie dłużej oszukiwac się że nie jest tak strasznym egoistą i mysli tylko przez siebie.

Ja nie mogę poczuć sie, że robi mi sie wokoło pióra bo on sie obraża, że mu nie ufam. I że po tylu latach oskarżam go o dziwne działania. Dobra.. pomyślałam wtedy, że być może mnie poniosło. Ze być może przesadziłam i nie ma o co robić halo. Ale nie minał tydzień gdy wszystko co myślałam stało się rzeczywistością. Jak można było mi powiedzieć, że to nic takiego podczas gdy spotkanie w pracy i weryfikacja wersji pokazały, że człowiek ktory tylko coś testował zajmował się dokładnie tym samym? Jak mam się przepraszam czuć w takiej sytuacji? Szczęśliwa? Zadowolona? A może wdzięczna, że mi sie okazuje, że nie ufa się efektom mojej pracy i robi back up tak w razie czego?? To, że jemu nie przeszkadzają trzy osoby robiące to samo z tego smaego kadru który on ustawia nie znaczy że mnie to też pasuje. Bo mi nie pasuje. I byłam zła.. nadal zdaje się jestem. I poniżona okrutnie. Czułam się jak człowiek który ma aparat głupka przy kimś kto robi zdjęcia lustrzanką. Z samego sprzętu wynika inny poziom efektu a co dopiero z doswiadczenia, ktore ja dopiero zdobywam a mój - nazwijmy to po imieniu - konkurent już ma całkiem pokaźne. Owszem można z ztego skorzystać, ale nie da się nie wpaść w wir konkurencji, rywalizacji i poczucia stresu, że ktoś już startuje z wyższej pozycji. Potem się siada nad tym co sie uszyło i ma się pustkę w głowie dotyczącą ideii za to ma się przytłaczające wrażenie że trzeba to zrobić jak najlepiej mimo startu z ostatniej pozycji pasa. 

Nie rozumiem jak można tak traktować ludzi? A najbardziej nie rozumiem tego że wciąż się daje na to nabierać. Że ciągle oceniam przez swoje pryzmaty tego człowieka i nie umiem myslec o nim jak o kimś kto tylko kalkuluje i nie zajmuje sie emocjami innych. Że mysli głownie o sobie i nie potrafi się chocby postawić w sytuacji drugiego człowieka który nie jest nim! Jestem rozgoryczona takim traktowaniem. Nałożyło mi się. I nawet argumenty, że zawsze cięzej dodzwonić się wtedy gdy potrzeba konkretów mi nie łagodzi stanu poczucia bycia olewaną. Ani nawet to że większość ludzi odbija się od nie ogarniania przez tego człowieka tak wielu rzeczy. Wstyd mi przed sobą przyznać, że co rusz się zawodzę na człowieku na którym miałam nadzieję polegać. I wstyd mi też za te wszystkie negatywne emocje których nie umiem zracjonalizować w stosunku do kogoś kto i tak robi mi przysługę dając mi możliwość rozwijania nowych zdolności. Ale nie można się rozwijać bez zaufania, komfortu pracy i kurcze profesjonalizmu. Nie da się nie odczuwać zawodu i poczucia traktowania z przymróżeniem oka gdy funduje się sobie bakcup nawet nie wpadając na to jak sie mogę poczuc ja w tym momencie. Nawet pewnie nie wpadając na to, że w ogóle mogę się z tym jakoś poczuć..

Borykam się teraz nie tylko z emocjami ale i z tym, że wpływają one na to co muszę jeszcze wykonać. I co spieprzyłam będąc w stresie. I co muszę naprawić. I że chcę włoskim strajkiem. Ale za bradzo myślę o rywalizacji i nie umiem przestać, a jedynie jako tako ograniczyć..

19:13, gabelle
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 lutego 2009

Zastanawia mnie dlaczego ludzie tak wiele ukrywają przed tymi wobec których wydawać by się mogło mogą być szczerzy. Dlaczego zatajają pewne fakty, omijają rozmowy o nich, lub przedstawiają coś w takim świetle, że człowiek patrzący z boku na sytuacje widzi ją nie tak jak ona faktycznie wygląda ale tak jak zostaje mu narzucone.

Zastanawiam się ileż razy ja sama zrobiłam coś takiego. Ile razy o czymś nie powiedziałam, cos ukryłam, coś dobarwiałam.. Trochę by się tego znalazło. Wedlug naukowców człowiek kłamie codziennie. Codziennie zataja jakieś informacje w szczerej rozmowie i codziennie coś dobarwia w historii która opowiada. Tylko.. Czy to nie jest krzywdzące wrzucanie do jednego worka sprytne zatajenie faktów przez jakąś postać wraz z człowiekiem, który nie udziela jakiś informacji o sobie bo nie ma na to ochoty? Czy nie jest krzywdzące wrzucanie do jednego worka osób, które wręcz zmyślają swój życiorys z tymi, które go po prostu dobrawiając? 

Bo chyba inny w odbiorze jest komunikat "ale była rewelacyjna impreza, bawilismy się wszyscy świetnie" od "ale byłem na extra bibie, normalnie bryl w towarzystwie, rozchwytywany, poznałem tego i tamtego, mówię Ci, swietni ludzie!" o imprezie która generalnie była przeciętna i w lokalu w którym się odbywała przypakiem pojawił się jakiś celybryt. Podobnie jak innym jest nie powiedzenie "a bo jestem singlem i mi z tym źle" od "a bo ja jestem sam na tym świecie i w ogóle to nie mam się do kogo zwrócić". Znam wiele ludzi, którzy brak partnera utożsamiają z samotnością, ale jednak ludzie Ci zapytani czy mają innych bliskich po prostu powiedzą, że to nie to samo. Nie zaś będą brnąć dalej w już kłamstwo, że tak są sami.. Podczas gdy przyjacile takiej osoby siedzą w drugim pokoju np.

Generalnie nie rozchodzi mi się w żaden sposób o rozliczanie ludzi z tego kiedy coś kolorują albo kiedy o czymś nie mówią. Każdy ma prawo do swojej prywatności i zostawienia czegoś wyłącznie dla siebie. Ale nie rozumiem i trochę zniesmacza mnie jednak przeinaczanie stanu faktycznego dla własnych potrzeb i brnięcie w już krętactwo przy otwartych pytaniach i jakieś stany. Bo innym jest odpowiedź "nie chcę o tym rozmawiać, chcę to zachować dla siebie", a inną stwarzanie wersji która w sytuacji gdy padło pytanie wydaje się być najardziej oczekiwaną przez pytającego. I to nie jest kwestia przy której można się powołać na "gdy wchodzisz między wrony musisz krakać jak one". Bo to by znaczyło, że znając 20 osob, mamy 20 wersji własnego życia. No troche mało ogranialne przy takiej ilości. A dobrze wiemy, że ilość ludzi, którzy nas jednak trochę znają jest większa od 20. Być może jest tak, że odpowienie wersje tworzy się tylko dla ludzi na określnych poziomach zażyłości. I wtedy tylko znajomym sprzedaje się inne bajki. Problem się pojawi jedynie wtedy kiedy to tych znajomych się spotka i dogada i wyjdzie, że z jednego zdarzenia są przynajmniej dwie wersje. A jeśli są dwie to bardziej się można skłonić, że nie tylko dwie, ale, że przynajmniej dwie, prawda..

Z innej strony. Jeśli już mamy nawyk przedstawiania siebie w odpowiednim świetle i manewrowania faktami i stanami z życia w określonym przez nas celu to czy to już nie charakter? I stałe zachowanie? Bo skoro przychodzi nam to z taką łatwością i jest tak wiarygodne to znaczy, że jest to sprawne. A sprawność rodzi się poprzez parktykę. Może się okazać, że w gronie takiej osoby tylko ona sama może wiedzieć o sobie najwięcej a cała reszta mysli o takiej to co ona sama chce by o niej myślano? A może wręcz odwrotnie. Osoby najbliższe nie mają świadomości tego jak postępuje taka postać wobec innych? Może wśród nich działa nie tyle kłamstwo ile po prostu niedopowiedzenie i brak odpowiedzi wporst lub jej unikanie poprzez krażenie wokoło tematu?

Ciężko powiedzieć. Ani o motywacjach nic się nie powie, ani o tym jak to działa i na jaką skale ani tym bardziej o sensowności nie da się wypowiedzieć. Bo jeśli już ktoś sobie tak postepuje to ja sama mogę wysnuć wniosek na podstawie własnych pryzmatów, że widocznie zbyt ubogo i pusto jest takiemu człowiekowi w środku, że posuwa się do ubarwiania, lub ma bardzo wysoki współczynnik zmiennej Aprobaty Społecznej i na tyle mu zależy na tym jak go inni postrzegają, że jako mechanizm obronny przed złą oceną musi się odpowiednio zaprezentować. I być w oczach innych taką jak chce a nie taką jaką jest.

Same hipotezy. Ciężko weryfikowalne. Bo mało kto się przyzna, nawet w anonimowym kwestionariuszu, że oszukuje ludzi po to żeby nie wyszło kim jest naprawdę.

01:05, gabelle
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lutego 2009
W końcu. Mój, Boże.. w końcu udało mi się pozbyć tego głupiego i zakrawającego już na niezdrowe zainteresowania i przejmowania się istnieniem pewnego żyjątka. W końcu przestałam reagować na szczekanie tego żyjątka, na objawianie swoich urojonych prawdek, które są jej mechanizmem obronnym żeby tylko nie dotarła do mógu informacja, że to nie świat jest zły tylko z tym żyjątkiem i mózgiem owego coś jest nie tak. No ale, czyż można spodziewać się czegoś więcej po żyjątku, które rozwojowo w sensie mentalnym.. heh... nawet wizualnym, zatrzymało się na 17 roku życia? Nie bardzo. Nie no generalnie wpływać na cudze artybucje własnej osoby wpływać nie zamierzam. Tym bardziej że mowa o ludziku, który tak naprawdę jest już dla mnie nikim. Kiedyś przeze mnie tolerowanym z uwagi na specialne warunki zaistnienia jego w otoczeniu pewnym. Ale, że są to czasy już starożytne to czym tu się przejmować?

Otóż, geneza jest prosta. Nikt nie lubi jak źle się mówi o jego bliskich. A tym bardziej się nie lubi jak się wersje sprzedawaną naciąga tak, by wyszło, że ten ktoś to taaaaaki biedniusi był a tamten, który to jest naszym bliskim to zło wcielone niemalże i niemalże się krucjaty podejmuje takowe żyjątko by pouswiadamiać wszystkich dookoła a szczególnie jedną osobę z kimże to ma do czynienia.

I takie sobie żyjątko nie ma w świadomości, nawet nie zaiskrzą jej nauroniki, że w kazdej sytuacji w której udział bierze dwoje ludzi, oboje oni są odpowiedzialni za to jak ta sytuacja wygląda. Niestety, owo żyjątko, które dziś jest dla mnie przypadkiem klinicznym - w końcu! Uważam to za mega sukces, bo zaczynało mnie to już irytować a warte tego nie było wcale - żyje w swoim naiwnym przekonaniu iż zostało oszukane. Uwierzyło w bajki mitomana, który miał na celu tylko cel własny do którego owo żyjątko sobie wykorzystał. A gdy już spełniło ono swoją rolę wyrzucił w zapomnienie.. Oj, jak mi żal naiwneg zyjątka... I nadal nie widzi, kto je oszukał. Ale, hmmm... Czy przeciętna 17-latka posiada zdolność wyglądnięcia poza czubek własnego nosa? Czy przeciętna 17-latka nie jest przypadkiem w drodze naturalnego rozwoju [zupełnie nie pejoratywnego zaznaczmy] skupiona po prostu na sobie i na tym, że cały świat z całą pewnością ma coś do niej, o niej mówi, ją obgaduje, odnosi się do niej? Czy nie ma przypadkiem tak, że najpierw zaszczeka a potem pomyśli? [dobrze jak pomyśli, żyjątko o którym pisze nie ma i tego odruchu].

Więc żyje sobie takie zyjątko. W poczuciu bycia pokrzywdzoną przez świat i przez tych strasznych facetów, którzy jak święcie w to wierzy zdradzali ją przy każdej okazji. Ale.. czy mając 17 lat miało się zdrową samoocenę? Miało się wiarę we własną wartość? No niekoniecznie. Stąd też zachwiane poczucie wartości owego żyjątka wpędza je w paranoje, że ktokolwiek nie będzie obok, napewno dorobi jej poroża - bo w głowce się nie mieści, że nie ma związku między tym, że mężczyzna miał wiele kobiet a tym, że jest lub nie jest wierny. Na takie wnioski żyjątku przegrzewają się procesorki. I jedyne co może, to literacko - co przyznam czasem trafnie i ciekawie frazeologicznie - zrzygać się na to co siedziało w tym zyjątku od tak dawna a było przez jakieś złe siły tłamszone. Nic tylko czekać wywodu w którym opowie o swoim przeżytym oczyszczeniu i o tym, że już wie jaki ten swiat jest zły. I na sam koniec wróci do swych infantylnych myśli, które to potem ktoś czytają ze zgrozą stwierdzi, iż był pedofilem...

W każdym razie. Owy opis żyjątka, jest jego kliniczną charakterystyką. Jeszcze tydzień temu przesączony byłby zapewne emocjami. Nie małymi, a wręcz intensywnymi. Dziś jest mocno zironizowanym w stylu acz w moim odczuciu trafnym opisem żyjątka z syndromem gimnazjalnym, który kiedyś - jesli dotrwam i jesli nic mnie bardziej nie zafascynuję - zbadam.

Cudnie, jest być wolnym od takich. Niesamowitą lekkością jest czytanie szczekania i wzruszenie ramionami z pełnym myślowym przekonaniem do niego. Uff. Lekkość.
12:02, gabelle
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 lutego 2009

Że też sobie w człowieku jakieś demony żyją. I to są w stanie długi czas wegetowac bez posiłku. Śpią wtedy? Czekają chwili by się obudzic? Czy tak naprawdę nie śpią nigdy a czasem coś tam szepną, sprawdzą reakcje. Gdy się je zraconalizuje to się uciszą i poczekają odpowiedniejszego momentu. I tak człowiek sobie walczy z takim demonem. A on sobie siedzi w najlepsze. Nienachalnie. Po prostu sobie jest. I czeka kiedy będzie mógł nie szeptac ale pełnym głosem mówic.. I zatruwac.

Bo czasem wystarczy impuls. Jeden. Wystarczy jedna bajka by on poczuł, że ma pożywkę. I powraca. Przypomina, że wcale nie znikł tylko sobie był i czekał. I własnie. Nie ma znaczenia co jest tą pożywką. Ma znaczenie to, że go aktywuje. I mimo logiczności i autopsji by bodźce cedzic, to takie demonik sobie czeka chwili i logikę wyżera. I wtedy następuje moment w którym sama sobie już z tym nie radze. Gdy logika i racjonalnosc potęguje jego cyniczny śmiech. A każda kolejna samodzielna proba to jego łaskotanie obaw i lęków. Które jeszcze tylko pogłębiają stan na którym sobie ten demonik żyje..

Heh.. Jak niewiele trzeba tak naprawdę by w człowieku zasiac tego demona. Wystarczy czyjaś zazdrośc, urażenie, złośc.. wręcz nienawiśc. By komuś zasiac demona. I to nawet nie chodzi o człowieka któremu się takie demona instaluje.. tylko chodzi o to co ten człowiek bedzie robił w interakcji z tym o którego chodzi. To takie.. Inaczej gdy dziewczyna drugiej obrzydza chłopaka, bo i jej się on podoba. Więc należy tamtej go obrzydzic by samej moc się nim zając. A potem tłumaczyc się, że to było silniejsze. Nie wiem czy usłyszę że to działania w afekcie. Wiem, że w to nie uwierze. Afekt jest zbyt silnie związany z emocjami, a te z wypaleniem się nie zas trwaniem bym miałam kiedykolwiek uwierzyc że nie było w tym celowości.

I zła jestem na siebie. Że niestety autopsyjnie musiałam sie przekonac, że mantry spełniają czasem ich zadanie by coś w człowieku zasiac. Zła jestem na siebie, że nie umiałam sobie z tym poradzic i że bodziec mnie aktywował i nakarmił tego demona. Zła jestem, że nie odcięłam się chirurgicznie natychmiast a miast tego chcąc byc dobrym człowiekiem nie chciałam innego na lodzie zostawiac. Mimo, że dałam na to szanse. To nie ja się prosiłam o kontakt. To o mnie o ten kontakt i jego zachowanie poproszona. Owszem, to ja miałam wyrzuty sumienia. Ale miałam i świadomośc, ze niektórym potrzeba zniknąc. I dałam sobie wejśc na głowe. Bo nie zrozumiałam, że ja zerwałam a ktos myślał, że to tylko chwilowa przerwa. Bo nie dotarło do mnie na czas, że chodzi o to by sprowadzic do swojego poziomu gówna i błota a nie o to, by dac się z tego wyciagnąc. Bo byłam zwyczajnie za naiwna by sądzic, ze ktos pozwoli mi ot tak odejśc. Jak i byłam zbyt naiwna sądząc, ze to nie będzie wracało. Czy to tupetem jednej strony czy nastolenim szczeknięciem z jakiejś innej. I nawet nie chodzi o to, że człowiek łapie się na żałowaniu wielu wydarzen nie tylko po ale i w trakcie. Ale o to, że zła jestem na siebie, że w tej jednej kwestii wystarczy jak Ci takie dziecko zaszczeka i schowa się do budy jak to juz było miesiąc temu.. a mnie się demonik budzi. Beeeez sensu..

I za to jestem zła. Że to sobie gdzieś tam siedziało. I sie włączyło. Ale i jestem mega szczęśliwa z powodu tego.. że mogłam o tym wprost powiedziec. Że nie spowodowało to wielkiej afery, ale próbę zawalczenia z tym wspólnie. Bo razem raźniej. Że nawet jeśli wciąz mam problem z nawzaniem tego co powoduje, że mnie ten aspekt tak rusza. To jednak raźniej mi, że wiemy o tych obawach oboje. Że nie tylko ja. Ale, że i On. I, że wiemy, że nie chodzi o brak uffuff które jest, że chodzi o brak szczerości czy zarzuty jakieś. Ale o to, że to coś co siedzi męczy. I jako kliniczne spojrzenie na owy chodzi. A nie o to by się z tego tytułu oddalac od siebie. A jeszcze dzięki rozmową byc sobie jeszcze bliższymi. Fajne to. Że opracie w partnerze. I to takie pełne. 

20:52, gabelle
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31